- Brawo, dzieciaku – rzucił, wywróciwszy oczyma i spróbował się podnieść. I już zaczynał odrywać tyłek od lodu, kiedy nagle, z impetem znów został do niego przyszpilony, a na jego ciało zwaliło się jakieś dwieście kilo ciepłego, pachnącego Nyxara.
W pierwszej chwili spojrzał na maga z coraz bardziej szczerą irytacją w oczach, w następnej jednak na jego usta wlał się niebezpieczny uśmiech. Czuł wyraźnie ruchy bioder mężczyzny, gdy ten podnosił się na ramionach.
- Zaciągasz mnie do ciasnego schowka, dajesz wykład o „różdżkach”, a teraz publicznie się na mnie rzucasz. – Zimna, bo nieobleczona w żadne rękawiczki, dłoń Davona powędrowała do szyi maga, układając się na niej delikatnie. Kciukiem zadarł jego podbródek, lekko przy tym go głaszcząc. Pieszczotliwie. Powoli. – Zacznę myśleć, że czegoś ode mnie chcesz, magu – wymruczał, unosząc się w tym momencie na łokciu i sprawiając, że ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Złote oczy były teraz bezpośrednio przed tymi białymi i tylko na chwilę zjechały na zmarznięte usta poniżej. Davon wykrzywiał własne wargi w nieschodzącym, przyciągającym uśmiechu.
Z tobą się nie zaczyna? O nie, drogi Nyxarze, to z e m n ą się nie zaczyna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz